Ubóstwo choroby


Ubóstwo choroby

28 marca

EWANGELIA: Uzdrowienie kobiety cierpiącej na krwotok (Mk 5,21-34)

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie:  «Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła».  Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał.
 A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy  i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej.  Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza.  Mówiła bowiem: «Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa».  Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości.  A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: «Kto się dotknął mojego płaszcza?»  Odpowiedzieli Mu uczniowie: «Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął».  On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła.  Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę.  On zaś rzekł do niej: «Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości!».

1. To uczucie, kiedy nagle zaczyna brakować sił. Kiedy łatwe dotychczas czynności zaczynają pochłaniać coraz więcej czasu, wysiłku. Ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że boli. I to boli od dawna. Że już nie funkcjonujesz jak kiedyś. Już nawet nie pamiętasz jak to było, kiedy nie bolało. Przywykłeś. Ale ból się wzmaga. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień. Z dnia na dzień. I nagle okazuje się, że to zabrało ci kolejny kawałek życia, że jesteś coraz mniej sprawny.

Badania. Pierwsza wizyta u lekarza. Po długich namowach. Bo przecież wszystko w porządku. Szkoda czasu, tyle jest do zrobienia. No i oczywiście trzeba czekać. Terminy, skierowania. To wszystko trwa, kradnie czas, którego i tak wciąż mam za mało. Najpierw czekanie na, potem czekanie po. Nie wiadomo, które gorsze. Nic jeszcze nie wiadomo. To tylko wstępna diagnoza. Oczywiście, trzeba to sprawdzić. Należy liczyć się z, ale póki co… Proszę być dobrej myśli.

Niepewność. Nie wiadomo co. Nie wiadomo jak długo. Może to jednak rzeczywiście nic takiego. Zdarza się przecież, że coś groźnie wygląda, a potem okazuje się, że w gruncie rzeczy to nic; że drobiazg, że się samo rozeszło, jak to mówią, po kościach. Więc może… Tak, wyniki, odbiór, tak, oczywiście. Jednoznaczne. Bez cienia wątpliwości, w którym można by się schować. Oczywiście, że nie. Oczywiście, że to nie wyrok. Tak jest, trzeba walczyć, trzeba się nie poddawać, tak. Wcześnie wykryte, wiadomo…

Zderzenie z rzeczywistością. Jakbym przy gwałtownym hamowaniu został wrośnięty, wryty w miejscu, a moje życie poleciało daleko do przodu. Boże. Jakoś trzeba dalej. Jakoś. Na razie nic nikomu nie mówić, bo i po co. Ale w końcu trzeba będzie. Najgorzej najbliższym. Własny strach pomnożony ich strachem jest nie do zniesienia. Znajomi. Oczywiście ze słowami wsparcia, otuchy, „dasz radę”, „wygrasz z tym”, „o kogo innego bym się martwił, ale ty…”. Wylewne frazesy pokrywające zmieszanie. Ale tak naprawdę się oddalamy. Jestem już dla nich z innego świata. Ze świata choroby. Ze świata odroczonego umierania. Jak to mówią, syty głodnego, zdrowy chorego nie zrozumie, nie?

Niektórzy się starają, naprawdę starają. Są, myślą, przynajmniej odzywają się od czasu do czasu. Ale coraz rzadziej. Bo o czym tu rozmawiać. Mają swoje życie, swoją pracę, znajomych, swoje dzieci. Ja mam swoje wyniki, leki, terapie. Dwa różne światy. Brak wspólnych tematów. Bliscy ludzie stają się obcy. Niby bliscy, a coraz dalsi. Nasze życia się oddalają, zwłaszcza, że moje niewiele ma już wspólnego z życiem. Są wokół, są przy mnie, starają się, ale i w końcu i tak zostaję coraz bardziej sam.

Kolejne terapie, zabiegi, pobyty w szpitalu. Konsultacje, specjaliści, próby. Poprawy nie widać. Czasem coś tam trochę, ale to kwestia ciut lepszego dnia, tygodnia. Nic na stałe. Czasem zastanawiam się, czy ja jeszcze w ogóle wierzę, że mogę wyzdrowieć. Czasem próbuję się modlić. Marnie to idzie. Nie, nie mam pretensji do Boga. Może trochę. Trochę żalu. Ale Jego też chyba niewiele to wszystko obchodzi.

Ból. Boli coraz częściej i coraz bardziej. Czasem nie jestem w stanie ruszyć się z łóżka. Mam dosyć. Jak się mam? Nijak. Zupełnie się nie mam. Nic już nie mam. Nic już nie chcę, tylko żeby aż tak nie bolało.

Nikogo. Nikt dzisiaj nie przyszedł. Nie zadzwonił. Tyle spraw, tyle zajęć. Cały dzień cisza. Niedobra cisza. Trudna. Straszna. Co będzie? Nie. Co ze mną będzie? Kogoś jeszcze poza mną to obchodzi? Cisza…

2. Nie ma w mym ciele nic zdrowego…, nic nietkniętego w mych kościach…

Cuchną, ropieją moje rany na skutek mego szaleństwa.

Jestem zgnębiony, nad miarę pochylony, przez cały dzień chodzę smutny.

Moje wnętrzności pełne są gorączki, w moim ciele nie ma nic zdrowego.

Jestem nad miarę wyczerpany i złamany; skowyczę, bo jęczy moje serce.

Przed Tobą, Panie, wszelkie me pragnienie i moje wzdychanie nie jest przed Tobą ukryte.

Serce się me we mnie trzepoce: opuściła mnie siła moja, nawet światło moich oczu zawodzi.

Przyjaciele moi i sąsiedzi stronią od mojej choroby i moi bliscy stoją z daleka.

Psalm 38

<śpiew>

Dopóki choroba i cierpienie są gdzieś daleko, poza moim zasięgiem, dopóty są tylko wzruszające, przejmujące, może nawet straszne. Ale, kiedy pojawiają się w moim otoczeniu, stają się już czymś więcej. Stają się tym, co odbiera mi chęć do życia, nadzieję, wszelkie siły. Tym, co przygniata i wprowadza smutek, który przeszywa dogłębnie.

Wraz z najbliższymi mi ludźmi odchodzi część mnie.

Z chorobą matki choruje moje serce i tak trudno mi już kochać.

Z cierpieniem ojca cierpi moja głowa i nie radzę sobie z codziennym życiem.

Z osłabieniem przyjaciół słabną moje dłonie i nie mogę już ich nikomu podać.

Z niemocą znajomych niemoc ogarnia moje nogi i nie daję rady już iść gdziekolwiek.

Przeszyte serce, poraniona głowa, przybite ręce i nogi. Największej bezradności i bezsilności doświadczył na Krzyżu Jezus. Siły uszły z Niego jak woda, jak wosk stało się Jego serce, stopniało w Nim, rozluźniły się wszystkie Jego kości. Przebite są Jego ręce i nogi. Ale na tym się nie skończyło. Z tej beznadziejnej śmierci trysnęło życie dla tylu.

<śpiew>

3. Krzyż… dwie skrzyżowane belki. Każdy jakiś ma. Mniejszy, większy, ale zawsze. A jednak są wśród nich takie, które wydają się o wiele cięższe od innych. Nie do uniesienia.

Pełne napięcia i nadziei oczekiwanie na upragnione dziecko. Częste wizyty u lekarza, pierwsze kupione ubranka i zabawki, przygotowanie pokoju, może zbyt przesadne nawet dbanie o zdrowie, częstsze niż zwykle wizyty w kościele. Obawy i niepewność przeplatają się z radością i szczęściem. Radość narodzin szybko zastępuje ból porodu.

Nagle szok. Niedowierzanie. W uszach cały czas pozostają słowa lekarza: nieuleczalna choroba dziecka.

Boże, mój Boże, czemu…? Jeszcze nie tak dawno sam mówiłeś „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”, a teraz? Nic nie zostaje z radosnego uniesienia. Zupełnie nic. Jego miejsce zajmują bunt, żal, litania pytań: dlaczego do tego dopuściłeś?  Za co? Dlaczego akurat my?

Maryjo, która wiernie trwałaś przy swoim Dziecku aż do końca, pomóż mi abym i ja potrafił być przy innych w ich cierpieniu. Abym potrafił ofiarować im swoją obecność i pomoc. A jeśli mnie spotka podobne doświadczenie, naucz mnie trzymać się jak najmocniej Pana Jezusa i nie odrzucać pomocy bliźnich.

(chwila ciszy)

Dzień jak każdy. Nic szczególnego. Ciągle w biegu, ciągle coś. I nagle.

Wybudzasz się powoli. Oszołomiony. Obolały. Nie wiesz, co się stało. Niewiele pamiętasz.

Wypadek. Lekarska diagnoza brzmi: trwały ubytek na zdrowiu. Nieodwracalny. Można to nazwać krócej: kalectwo. Najpierw wielotygodniowy pobyt w szpitalu, a później wózek inwalidzki.

A miało być tak pięknie. Miałem przecież plany, miałem przed sobą całe życie: wymarzone studia i pracę. Miał być piękny dom, wspaniała rodzina, tyle innych rzeczy.

Pozostała bezsilność i wielki bunt. Nic nie mogę zrobić. Nic. To co dla innych jest normalne, dla mnie stało się nieosiągalne. Jestem bezradny. Kiedyś wszystko robiłem sam, chodziłem gdzie chciałem. Teraz jestem prowadzony tam, dokąd nie chcę. Całkowicie uzależniony od innych.

Ileż jeszcze śmierci muszę przeżyć, by się nauczyć, że i ja umrę? Umrę. Ale nigdy nie myślałem, że w taki sposób. To miało być za ileś lat, na koniec spełnionego, fantastycznego życia. I najlepiej bezboleśnie. W zamian mam umieranie rozłożone na raty. Na całe lata. Dzień za dniem.

Jezu pomóż mi w mojej bezsilności i bezradności odnaleźć Ciebie. Daj sens mojemu cierpieniu. Dzięki twojej męce, śmierci i zmartwychwstaniu wiem, że moje cierpienie może stać się drogą do nieba. Może, o ile włączy się w Twoje cierpienie. W cierpienie ukrzyżowane. W Twoje unieruchomienie na krzyżu. W ukrzyżowanym cierpieniu ukryta jest prawdziwa miłość, która obraca jego sens o 180 stopni. Cierpienie pozostaje takie samo, ale jego sens staje się inny. Dzisiaj, gdy pozwoliłem się ukrzyżować z Tobą, Jezu, przestało być ono równoważne z utratą szczęścia, a stało się narzędziem jego odzyskiwania. Panie daj mi taką wiarę, taką siłę, żebym z Hiobem potrafił powiedzieć: “Bóg dał, Bóg wziął, niech Imię Jego będzie błogosławione”.

(chwila ciszy)

Lekarz wyglądał na naprawdę zmartwionego. Chwilę zajęło, zanim powiedział to słowo: Nieuleczalne. I że nie pozostało mi zbyt wiele czasu. Choroba miała trwać krótko, ale przedłużyła się. Przykuty do łóżka, skazany. Czekam na nieuniknione. I wiem, że się zbliża. Wszystko wokół o tym przypomina. Bezustannie. I bez litości. Wszystko zaczyna drażnić: leki, zabiegi, rozmowy, a nawet odwiedzający ludzie, przyjaciele, znajomi. To przygniata. Miażdży.

Panie, który zwyciężyłeś mój ból i cierpienie na krzyżu pomóż mi, aby mnie zło nie pokonało. Nie pragnę już nawet zrozumieć mojego cierpienia, ale chcę je przeżyć z Tobą i ze wszystkimi, którzy cierpią podobnie. Wspomóż mnie Jezu, abym godnie przeżył ten czas, który mi został i dobrze przygotował się do spotkania z Tobą. Ofiaruję Ci ostatnie chwile mojej ziemskiej wędrówki, ból rozstania z najbliższymi i ból konania. Ty też tak zrobiłeś oddając się Ojcu.

<śpiew>

4. Panie Mój, chcę spotkać się z Tobą na Krzyżu, z Tobą, Bezradnym, Bezsilnym, Wyszydzonym i Odrzuconym. Nie rozumiałem swojego cierpienia i po części dotąd go nie rozumiem, ale w łączności z Tobą mój ból może stać się ofiarą oraz darem dla innych. Dla tych, o których tak mało myślałem, których lekceważyłem.

Jest wokół mnie ciemność. Kiedyś życie było proste, zrozumiałe, sensowne a teraz… Nie rozumiem tego, co przeżywam i nikt nie może mi tego wyjaśnić. Nie wszystko da się wytłumaczyć, zrozumieć. W tym mroku mogę tylko zaufać Ci, że ten ból ma sens, tak jak Twój Krzyż ma sens w planach i zrządzeniach Ojca.

W ciszy mego serca słyszę Twój Głos: Dziecko moje, sługa będzie taki jak jego Pan. Zapraszam cię dziś do trudnej i szczególnej wspólnoty ze Mną. Jesteśmy już razem poprzez wiarę i sakramenty. Teraz zapraszam cię do łączności ze Mną poprzez Krzyż. Tam będę Ja, a wraz ze Mną twój pokój i twoje szczęście.

<śpiew>

NA KONIEC: Modlitwa o uzdrowienie

 

W Jego ranach jest nasze zdrowie. W Twoich ranach jest nasze zdrowie. Ty, Panie, masz moc nas uzdrawiać. Jesteś mocniejszy niż nasze choroby, mocniejszy niż nasze słabości. Panie, prosimy Cię o uzdrowienie. Prosimy Cię, żebyś uzdrawiał Jezu. Teraz i tutaj. Wierzymy, że Ty możesz i chcesz dokonywać uzdrowień. Panie, wyciągnij teraz swoje ręce nad chorobami, nad każdym bólem, nad każdym cierpieniem, nad każdą niesprawnością. Dotknij, Panie, komórek rakowych, dotknij ran, dotknij tego wszystkiego, co boli. Panie, wierzymy, ale umocnij naszą wiarę. Wierzymy, ale zaradź naszemu niedowiarstwu. Poślij, Panie, swojego Ducha, Ducha Świętego, Ducha Ożywiciela.

Przyjdź Duchu Święty, Duchu Ran Chrystusowych, Duchu Ożywicielu. Przyjdź do naszych chorób, do naszych słabości. Przyjdź do słabości ciała i do słabości ducha. Przyjdź do chorób, do niesprawności, do sińców, do ran. Przyjdź do ran psychiki. Przyjdź do załamań, do depresji. Tchnij, Duchu Święty, Duchu Uzdrowienia, Duchu Życia.