Droga ucznia i krzyż codzienności


Cierpienie rodziców, którzy właśnie się dowiedzieli, że ich syn urodzi się z chorobą autystyczną, ból żony, której mąż zginął w wypadku samochodowym, cicha nadzieja dzieci, że ich rodzice jednak się nie rozwiodą, beznadzieja męża, który właśnie stracił pracę i nie wie jak utrzyma swoją pięcioosobową rodzinę, kryzys powołania, utrata dziewczyny, która miała być tą jedyną, codzienny trud wychowania dzieci, uśmiech i dobre słowo do tego, którego najchętniej wymazałbym ze swojego życia … i cała masa innych krzyży naszego życia. Po ludzku wydaje się, że zbyt wiele z nich jest nie do przyjęcia – pojawiają się nie wiadomo dlaczego i po co i kosztują zdecydowanie za dużo. Czy takiego życia pragniesz dla nas Jezu? Czy nieustanne zmaganie się z sytuacjami nie do przejścia ma w ogóle jakiś głębszy sens? Czy prawdziwa miłość polega jedynie na wyrzeczeniach i cierpliwym tolerowaniu upokorzeń codzienności? Tyle pytań, na które nie znajdę odpowiedzi. Z jednej strony świat mówi o chwytaniu chwili, o korzystaniu z  życia, o samorealizacji, z drugiej – każdy dzień to kolejne wyzwanie, któremu nie wiem czy podołam. Patrzę Jezu na Twój krzyż i zastanawiam się jaki sens miała Twoja śmierć, skoro ja nie umiem umierać każdego dnia dla tego, co mnie spotyka. „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem”. Pragnę Jezu iść za Tobą, chociaż ta droga wydaje mi się zbyt trudna. Samemu po prostu nie dam rady – ile razy można upadać i wstawać, ile to jeszcze pytań bez odpowiedzi, krzyży – tych codziennych i tych, które towarzyszą mi już od wielu lat… Jeżeli jednak Twój krzyż jest znakiem zwycięstwa, a nie szubienicą porażki, to znaczy, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Skoro przeszedłeś drogę o wiele trudniejszą od mojej to przecież nie po to, żebym teraz załamywał ręce.

Dziś przypominasz mi Jezu, że nie ma i nie będzie większego dowodu miłości do człowieka niż właśnie Twój krzyż – krzyż, który zawiera w sobie cały ciężar tych wszystkich codziennych upokorzeń i nieporozumień życiowych. Nie ma przecież cierpienia i bólu, którego byś Ty Panie nie doświadczył. Jest Ktoś, kto nadał sens całej mojej codzienności, kto kanciaste belki mojego krzyża zamienił w Ikonę prawdziwej miłości. I choć ból tak po ludzku nie ustępuje i być może jeszcze długo nie ustąpi to zauważam w tym krzyżu światło i nadzieję. Od momentu Twojego dźwigania krzyża Panie, od Twojego zmartwychwstania już żadne cierpienie nie jest takie samo. W nim jest prawda, której świat zobaczyć nie może, a która odzywa się w każdym sercu, które kocha. Jeśli więc moja codzienność może mnie zbliżyć do Ciebie i nadać sens temu, co z natury wydaje się porażką, pragnę iść Twoją drogą Panie. Proszę Cię tylko o pokorę, która uczyni moje życie szczęśliwym i sensownym. Wszystkie moje krzyże – te małe i zbyt duże – oddaję Tobie, albo inaczej – wszystkie je odnajduję w Twoim krzyżu. Dziś zapraszasz mnie Panie do spotkania się z Tobą w nietypowym miejscu, bez rozgłosu – na zwykłym drewnianym krzyżu. Dziś też oddaję Tobie całe moje życie i moją wolność, bo wiem, że tylko przy Tobie jestem sobą. Jesteśmy piękni Twoim pięknem Panie! Heroizm życiowych doświadczeń oraz heroizm codziennych obowiązków. Tam wszędzie spotykam Ciebie, Brata i Przyjaciela, który nigdy o mnie nie zapomina. Gdy więc ujrzę zwykły, ubogi, drewniany krzyż – osamotniony, pogardzany, bez wartości i bez Ukrzyżowanego spraw bym pamiętał, że ten krzyż jest także moim krzyżem, krzyżem każdego dnia – ukrytym i bez blasku. Czeka on na swojego Ukrzyżowanego, którym mam być ja. Gdy zaś przyjdzie moment, w którym mój codzienny krzyż stanie się zbyt ciężki i niewygodny proszę Cię, Panie, zamknij cierpliwością moje usta – niech się nie skarżą. A światło Twojego zwycięstwa niech dodaje mi sił. Sekret wytrwałości kryje się przecież w miłości. A zatem – zakochaj się, a nie opuścisz Go!

Jezu, powiedziałeś– Kto nie bierze swego krzyża, nie jest mnie godzien…
Te słowa są dla mnie za trudne. Rozumiem je, ale nie mam siły być Tobie wiernym.
Przepraszam Cię, Jezu, że tak często zostawiam Cię samego, i odchodzę.
W ciemność.
W grzech.
Uciekam od Ciebie by realizować swoje pomysły na życie, na szczęście.
Przepraszam Cię Jezu, że nieraz tak długo jestem daleko od Ciebie. Bez spowiedzi, bez Mszy Świętej. Bez modlitwy. Są takie chwile, że bardzo chcę to zmienić, ale często nie mam odwagi. I coraz bardziej oddalam się od Ciebie.
Trudno mi wtedy wrócić, na nowo spojrzeć na Ciebie, i przyjść do ciebie z powrotem.
A przecież Ty czekasz na mnie… Nawet na Piotra, który cię zdradził, spojrzałeś z miłością.
Panie, jak piękna jest Twoja miłość, a jednocześnie jak bardzo trudna.
Ucz mnie Twojej miłości; takiej miłości, która nie zna granic, która trwa do końca.
Panie, jak trudny jest twój krzyż. Uczysz mnie na nim tak wielkiej miłości, oddania się każdemu człowiekowi.

Jezu, pełen miłości, tak trudno trwać przy Tobie i Twoim krzyżu… Panie, ja nie umiem być jak Ty. Nie umiem tak jak Ty przebaczać, jak Ty zapominać bólu, jaki zadają Ci inni. Nie umiem do każdego podchodzić z miłością. Często sam zadaję innym ból. Swoimi słowami, złym spojrzeniem, naśmiewaniem się, kpiną. Tylu ludzi przeze mnie musi iść swoją drogą cierpienia i smutku.
A ja sam tak często odrzucam krzyż, nie rozumiejąc, że to Twój dar. Tak często wolałbym walczyć z krzyżem, i wyrzucić ze swojego życia wszystko to, co trudne, niezrozumiałe i niewygodne. Nieść krzyż jest bardzo ciężko, a im dłużej go niosę, tym bardziej przeszkadza mi jego ciężar.
Panie, przepraszam, że tak często, w czasie Twojej drogi krzyżowej nie możesz na mnie liczyć. Jestem często jednym z tych, którzy drwią z Ciebie, zadając Ci ból.
Przepraszam Cię, Panie, i proszę, daj mi swoją łaskę, bym umiał wiernie trwać przy Tobie. Bym, każdego dnia, odważnie szedł za Tobą, mocno trzymając swój krzyż; proszę Cię, Panie, pomóż mi każdego dnia wyruszać z Tobą w drogę.

Proszę Cię, Panie!
Wkładają Krzyż na Twoje ramiona, Panie. Ja też w swoim życiu wiele razy przyjmuję trudy, cierpienia i prace, których nie rozumiem, które inni wkładają na mnie.
– proszę Cię, Jezu, pomóż mi widzieć w nich Krzyż, ten sam, który Ty niesiesz.
Dźwigasz Krzyż. Każdy kolejny dzień przynosi mi inne upokorzenia. W pracy, w szkole. Trudno mi łączyć je z Tobą.
– proszę Cię, Jezu, pokazuj mi swoje oblicze, obecne w każdym utrapieniu, jakie mnie spotyka.
Upadasz pod ciężarem Krzyżem. I ja często nie daję sobie rady na mojej drodze życia. Wstaję i upadam. Czasem nie widzę tego sensu.
– proszę Cię, Jezu, wesprzyj mnie, kiedy uginam się pod ciążącymi mi krzyżami.
Ty niesiesz Krzyż, a inni Cię opluwają. Ja nie rozumiem niesprawiedliwości, jaka mnie się dzieje, jaka mnie spotyka. Nie rozumiem, że jednym wolno więcej, mają więcej, a wcale nie zasługują.
– proszę Cię, Jezu, przypominaj mi, że Ty najmniej zasługiwałeś na cierpienie, ale je podjąłeś.
Niesiesz Krzyż na Golgotę, dla nas. Nie umiem cierpieć i męczyć się dla innych. Nawet dla rodziny czasem brakuje mi sił, cierpliwości, zapału i czasu.
– proszę Cię, Jezu, pokonuj ze mną te przeciwności, które codziennie przeszkadzają mi ponosić ofiarę dla innych.

Krzyż to jestem ja.
Krzyż to moi bliscy.
Przybili Cię do Krzyża.

„Kto nie nosi swego krzyża a idzie za Mną nie jest mnie godzien”. Panie, chyba brak mi dziś odwagi, by do końca przyjąć to słowo. Chcę być Twoim uczniem, wierzę, to Ty naprawdę chcesz mi dać nowe życie, ale boję się krzyża. Znam go, już wiem ile kosztuje. I wiem, że strach przed cierpieniem jest często gorszy od samego cierpienia. Wiem to wszystko, a jednak tak często ciągle kręcę się w kółko. Są chwile, kiedy zaczynam rozumieć dlaczego: bo tak często zmagam się z tym krzyżem, choćby tylko w wyobraźni, sam. Nie widzę tego, że Ty pokazujesz drogę i ze to Twoja siłą zwyciężam, że mam iść właśnie za Tobą, a nie sam. Że tak jak Ty mam się poczuć synem, współpracownikiem w misji, a nie niewolnikiem, który coś musi, żeby podobać się swemu panu. Tylko, żeby tak było trzeba bardzo kochać: trzeba umieć przyjąć miłość Ojca, uwierzyć w nią i na nią odpowiedzieć. A mi tej wiary i miłości tak często brakuje!

Jest jeszcze coś: mój krzyż często przywiązuje mnie do samego siebie a nie do Ciebie. Cierpienie skupia mnie na sobie, a nie na Tobie. A wtedy miłość gaśnie, zostaje tylko sama obawa. Więc jeśli dajesz mi krzyż, to proszę, daj mi też większą miłość, bym niosąc krzyż, mógł być wpatrzony bardziej w Ciebie i w braci, niż w siebie. Naucz mnie dystansu do samego siebie, uśmiechu w przeciwnościach, ufności i cierpliwości. A jeśli tak często moim krzyżem jestem dla siebie ja sam, moje rozczarowanie samym sobą, to tym bardziej proszę Cię o uśmiech i dystans.

Panie, ja naprawdę tego pragnę. Miłość nie zabierze mi cierpienia ale jednak może wszystko odmienić. Wszystko jest inne, jeśli jest napełnione Twoją obecnością, jeśli wiem, że Ty na pewno idziesz przede Mną. I już teraz dziękuję Ci za wszystko. Dziękuje Ci, że to, co najtrudniejsze w moim życiu: mój krzyż, uczyniłeś drogą do Nieba.